^^^^^^^



| Śpiewać.. cieszyć się majem.. niektórzy to mogą.. |


| Nie wszyscy mogą i któryś z nas też nie może. i w tym cała rzecz. |


| Nie miejcie do mnie pretensji |


| Trochę Względóv, trochę Troski o Innych. w tym cała rzecz. tak przynajmniej mówią. |

kłapouchy


17..

..w namiocie było parno. Pomimo zblizającego się wieczoru, świat, ten znajdujący się najbliżej nas, wciąż obejmowała otoczka miłego ciepła, a lekko przyćmione promienie słoneczne rzucały zieloną poświatę na przedmioty skupione w małej kwadratowej przestrzeni. Spokój rozciągający się dookoła obezwładniał. Przez do połowy otwartą płachte wejściową wpełzał powoli strumyczek dymu, wypełniający powietrze apetyczną wonią mięsa przypiekanego na grillu z czerwonymi nóżkami. Żaden dźwięk nie naruszał tkaniny bezruchu. Oprócz mnie nie było tu absolutnie nikogo. Siedząca obok dziewczyna zajęta była własnymi myślami, tworzącymi skomplikowaną konstrukcję przypominającą kształtem i kątem zgięcia płaszczyzny białą orchideę. Na zewnątrz rozległy się równomierne kroki, przytłumione przez gęstą trawę,przetykaną wstążeczkami piaskowego pyłu, dzięki swemu małemu natężeniu nie naruszające harmonii i gęstości chwili. Zastępujący drzwi materiał sam się rozchylił, i ujrzałam w niewielkiej odległości postać, emanującą niemą furią, wściekłością wywołującą rozgrzanie i rozedrganie fragmentu atmosfery wokół jego sylwetki. Dobry, stary rewolwer, korzeniami rodem z dalekich stepów ameryki południowej połyskiwał w jego dłoni. Nie przestraszyłam się. Chciał nas zabić. A może tylko mnie.. nieistotne. Krzyczał coś nieciekawym głosem, czerwieniejąc na twarzy coraz bardziej, rozogniony dodatkowo moim obojętnym, zniecierpliwionym spojrzeniem. Jego wściekłość osiągnęła apogeum, zawahał się przez chwilę i zniknął, a stary srebrno-czarny rewolwer lśnił spokojnie na jednej z poduszek.
..spojrzałam ostatni raz przed siebie, w dół, i wróciłam z powrotem przed namiot, z zewnątrz wydający się niesamowicie mały. Za moimi plecami rozciągało się nie za długie, nie za strome zejście w dół, gdzie w pewnym momencie wstążeczki złotego pyłu gęstniały, by po chwili połączyć się w szeroki pas piaszczystej plaży. Gdy podnosiło się wzrok odrobinę wyżej, można było obserwować wysokie, potężne, artretycznie powykrzywiane ściany tłustych fal, blisko plaży, na tyle daleko że można było patrzeć na nie z góry. Ciemnogranatowe, błyszczące, tętniące wewnętrznym życiem, poruszające się równomiernie i jednocześnie jakby zastygłe w bezruchu, bezgłośne. Na ich ostrych obrzeżach własne kompozycje tworzyła jasna piana, czysta, nieskalana, a ponad wszystkim bardzo nisko wisiało niebo, złowrogie, skłębione w niezliczonych odcieniach fioletu i ciemnego różu, pulsujące mocą, zsyłające na ziemię chłód. Już zrobiło się zimno, pękła, ulotniła się opatulająca nas gruba pierzyna niewzruszonego ciepła. Zapytałam, czy mogę tam iść. Nie, odpowiedział. Dlaczego? Bo nie. Nie wejdę do wody. Tylko.. muszę być tam, bliżej, chociaż trochę. Nie pójdziesz tam.. Podniósł na mnie błękitne, mądre oczy małego dziecka, jedyne elementy, które nie zmieniały się u niego przez te wszystkie lata. W tym momencie pokryte były puszkiem miękkiej, lecz nierozerwalnej stanowczości. Zatopiłam się w nich, na chwilę, rzuciłam w wir ponadczasowego błękitu, nie mogąc oderwać od nich wzroku, i wcale tego nie pragnąc. Po raz kolejny lekko zaskoczona, urzeczona, z topniejącym sercem z rozgrzanego plastiku. ..nie możesz. Dźwiękiem dwóch brutalnie cichych i lagodnych słów wyrwał mnie z wciagającej matni. Opuścił oczy, a ulotne, ogarniające i paraliżujące wszystkie moje zmysły wrażenie prysnęło. Odwróciłam się, i utkwiłam tęskne spojrzenie w obrazie prezentującym się przede mną. Nagle ze wzmożoną siłą odczułam zew, wołający mnie, przyciągający, podporządkowujący sobie moją wolę i mięśnie. Nieokreślona siła wzywała mnie, chciała połączyć mnie ze sobą. Obojętna na mnie, okrutna, lecz spragniona mojego istnienia. Była głodna, niezaspokojona, i nie ukrywała tego. Pozwalała bym to poczuła, bo była pewna mojej uległości, kruchości. Byłam bezbronna wobec niej, i to także dawała mi odczuć. Przekazywała mi swoje pragnienie, tworzyła je we mnie, zachęcając do ruchu, ponaglając. Ostatnimi siłami walczyłam jeszcze ze wzrastającym pragnieniem, nie moim, lecz nie znoszącym sprzeciwu. Niewyjaśniona potęga zamieniała moją wolę na swoją, niewrażliwa na mój sprzeciw. Powoli zwyciężała we mnie, przesunęło mnie o jeden krok naprzód, kolejny, szybszy, następny.. byłam zgubiona, i dobrze o tym wiedziałam, jednak z wrodzonej przekory, czy nadmiernego przywiązania do życia, jakie powoli płynęło za moimi plecami, wciąż się opierałam, słabnąc z każdą chwilą. Nagle we własnej świadomości ukazały mi się oczy koloru nieba po burzy, zniewalające. Inne niż zwykle, rozzłoszczone, jakich ich nigdy nie widziałam, rzucające zimne, wściekłe błyskawice. Ich stanowczość zaczęła zwalczać żarłoczną moc, zaskoczoną nienormalnym oporem, odepchnęła ją, wyzwalając mnie z jej pętów. Opadłam na ziemię, zaciskając powieki, wtuliłam twarz w soczystą trawę, wdychając jej orzeźwiający zapach. Uspokajałam boleśnie szybko bijące serce. Po chwili udało mi się chwiejnie stanąć na nogi. Spojrzałam na zegarek, ten niewidoczny pojedynek, który wydał mi się całą nieskończonością, trwał zaledwie kilkanaście minut. W tym czasie on siedział na pieńku, strugając metalicznym ostrzem niewielką gałązkę. Nie odwrócił się, nie poruszył nawet, gdy zaczęłam ulegać przemożnej pokusie, gdy zaczęłam iść w stronę morza, gdy wydawszy podłużny jęk osunęłam się bez sił. Poczułam tylko krótkie, króciutkie spojrzenie, nie wyrażające nic i wszystko jednocześnie, gdy znikałam we wnętrzu namiotu. Rozległo się echem w całym moim ciele, i wiedziałam, że nie jestem sama, i że już zawsze będzie ono czuwać nade mną, wszyte nierozerwalnymi nićmi w sam środek mojej kształtnej duszy.


fatu-m 2005-06-11 14:23:45
skomentuj (2)
16..

biegłam przez szaro-pomarańczowe miasto, jedno z tych, na południu, gdzie nigdy nie pada śnieg, a niebo zawsze utrzymuje tajemnicza barwę soczystego wnętrza mango. mijałam niewielkie domy, ustawione na różnych wysokościach, wyglądające w ciepłym, przytulnym mroku wieczora jak gdyby były zbudowane z tektury. mijałam kartoniki, przetykane zapałkowymi balkonami, z wyciętymi otworami okien, umoczone w tym kleistym śnie, z którego nigdy się nie budziły. gdzieniegdzie susząca się, kolorowa bielizna i pasiaste prześcieradła dodawały temu miejscu autentyczności, podczas gdy ja biegłam, uciekałam ze wszystkich sił krętymi, wąskimi uliczkami, obserwowana przez niewidoczne, obojętnie zaciekawione migdałowe oczy, zdradzające swoje istnienie jedynie poprzez nikłe blaski przymróżonych szkiełek duszy pomiędzy barierkami, kolumienkami, cienkimi kładkami schodków. wbiegałam na skąpane w gorącym cieniu podwórka, zawracałam, skręcałam gwałtownie, wykonując wciąż nieludzkie susy, sunąc nad brązowo-szarym brukiem.odpychałam się od ziemi, szybowałam ponad nią. wiatr powiewał końcowkami marchwiowo-fiołkowej chustki, zakręconej wokół mojej szyi, czułam jego miłosne pocałunki na policzkach, upajałam się nim, usiłując zapomnieć, chociaż na chwilę, na ostatnią wieczność, dlaczego biegnę, dlaczego rozpaczliwie pragnę znaleźć się gdzie indziej. były już blisko, czułam ich obecność. mimo prędkości, z jaką pokonywałam to skąpane we śnie miasto, wiedziałam, że zaraz mnie dogonią, że jest to dla nich dziecinną igraszką.. one też to wiedziały. bawiły się mną,, jak kot bawi się myszą przed ostatnim, pieszczotliwym uderzeniem, po którym ona już nigdy się nie podniesie. była w nich jednak wciąż jakaś zawziętość, a ja znowu wiedziałam, że to nie one decydują o sobie, o mnie, o reszcie śwaita. one sa tylko kolejnymi, śmiercionośnymi narzędziami, przed którymi nie ma ucieczki, strażnikami porządku, wykonawcami idei tej jednej istoty, mrocznej, tajemniczej, której pochodzenie nie mogło sięgać naszego czasu i przestrzeni. pod postacią ludzką, nie było człowiekiem, gdyż żaden człowiek, żadna z tych efemerycznych, kruchych postaci nie byłaby w stanie wprowadzić w życie bytu tak wyrazistego, tak potężnego i niezachwianego. wszechwidzącego.. z każdym kolejnym krokiem nie zmieniało się moje przeświadczenie, że on mnie widzi, że może dokładnie obserwować każdy mój ruch, mrugnięcie, że śledzi moje myśli, odczucia.. podąża cały czas ze mną, połączywszy mnie ze sobą jakąś szczególną, niewyjaśnioną więzią.. a ja czułam nieme przerażenie, pulsujące w każdym skrawku mojego biegnącego niezmordowanie ciała, czułam je płynące w każdej z moich żył, rozgrzane, falujące. czułam je wyryte w moim sercu jak w zimnej, błękitnej stali. cała byłam przerażeniem. A jednocześnie emanowałam niezachwianym spokojem. zawadiacki uśmiech nie schodził z mojej twarzy, w głębi duszy wiedziałam, że już zawsze będę tak biegła, zwinnie niczym kotka, i ucieczka stała się kwintesencja mojego istnienia, całym moim życiem. wiedziałam, że gdy ktoś wreszcie położy temu kres, ja już zawsze będę biegła, bezcielesna, ponadczasowa.. a może to już się stało..

fatu-m 2005-06-09 21:43:40
skomentuj (0)
tematu brak

czerwień
łąka
muzyka drzew kołyszących się na wietrze
szept chmur pełznących w nieznane


fatu-m 2004-05-24 19:34:29
skomentuj (7)
czas

jest jak bezmierny ocean.. zmienny, nieustraszony, wieczny. nasze istnienia niczym male wysepki, polozone gdzies w otwartej przestrzeni, calkowicie bezbronne. a on wciaz w nie uderza, wykruszajac falezy naszego zycia, ktore zdaje sie czasami tak potezne, zbudowane z twardych, litych skal. jednak czas je zmienia, skrusza, zamienia w nieistotny pyl. az na koniec nie zostaje nic, najmniejsza bruzda.

gdy jest wzburzony, atakuje brutalnie, namietnie. uderza w skale, odrywajac od niej cale glazy, zmieniajac nagle i bezpowrotnie postac wyspy.
gdy jest spokojny, zdaje sie plynac leniwie, nieszkodliwy, powolny.
jednak wciaz i wciaz bezlitosnie je zmniejsza, pozostawia swoje slady na kazdym ich skrawku. aby w koncu je zniwelowac, zmiesc z horyzontu..
coz za zlosliwosc nim powoduje?..

fatu-m 2004-05-24 19:29:35
skomentuj (0)
zapach..

tak nagle uderzył v moje nozdrza.. vypełnij mnie całą.. a razem z nim vciągnęłam setki tysięcy vspomnień, vszystko vidziane jak na przyspieszonych slajdach.. tak bardzo realne.. chvile szczęścia, momenty zvątpienia, smutku, nienaviści. aż dziv, że tyle obrazóv zavarl tak krótki czas. to nie są slajdy z całego życia. nie.. z krótkiego okresu. 2 tygodnie?.. niecałe.
potrząsnęłam głovą.. nova fala zapachu uderzyła ve mnie, oszałamiając zmysły, pozbaviając pravie śviadomości,
ubezvłasnovalniając. i znovu przed moimi oczami vyścig tych ulotnych momentóv..
jego oczy..
pełne skaczących, figlarnych iskierek..
tak żyve przede mną..
uśmiech..
następna fala..
inny obraz..
na szczęście..

bolesne..

brązove oczy

nie viedziałam, że ból ma woń zielonej herbaty


..i tęsknota..

fatu-m 2004-04-20 11:44:11
skomentuj (2)
zmruż oczy

pokażę wam koniec świata

zatrzymaj się. popatrz. nie pędź tak.
zatrzymaj czas.

nic nie przemija. oddala się. blednie.

chwila refleksji

fatu-m 2004-04-13 22:26:09
skomentuj (2)
smutni

notka napisana pod natchnieniem notki z bloga http://chlopiec-z-plasteliny.blog.pl
to fakt, ze ludzie non-stop veseli spraviają czasami vrażenie nieciekavych, głupich, pustych od środka.. ale nie zavsze tak jest.. czasami ci najbardziej szczęślivi z pozoru skryvają bardzo dobrze v sobie naturę nostalgiczną, borykają sią na co dzień z bólem obciążajacym ich dusze.
są tez oczyviście tacy veseli bo głupi z natury.. jak povszechnie viadomo najlżejsze zycie mają ci, ktorym po prostu na niczym nie zależy, nic ich nie obchodzi, zyją chvilą i jest im z tym dobrze. takie osobniki też często przyciagąją innych ludzi, którzy mają jakieś smutki. a dlaczego? bo tamci po prostu podziviają ich za to, że potrafią niczym się nie przejmovać, zazdroszczą im tego navet. lgną do nich.. albo observują. bo vlaścivie myslą, że też chcieliby być tacy bezproblemovi. navet za cenę utraty rozumu..
a ja.. co ja jestem? histeryczka vidząca problemy na każdym zakręcie? czy też osoba ze smutkiem v duszy..?

fatu-m 2004-04-07 19:23:14
skomentuj (1)
myśl

"vszyscy jesteśmy nieśmiertelni, póki nie umrzemy"
emma bull


fatu-m 2004-04-04 16:33:00
skomentuj (2)
zimno..

tak bardzo zimno
vciąż
coraz bardziej

gdzie moje vevnetrzne ciepło?
zanikło..?

bije ono od nich
takie spokojne.. bezpieczne..

nie moje

fatu-m 2004-03-30 15:23:25
skomentuj (4)
śmierć

nie viem już navet, czy gdzieś to vyczytałam, przyśniło mi się, czy myśl pojaviła się ni stąd, ni zovąd v mojej głovie. jeżeli przeczytałam to na jakimś innym blogu, to przepraszam vłaściciela i oddaje prava autorskie :p

tak vielu ludzi boi się śmierci. niektórzy vyobrażaja ja sobie jako przerażającą człekokształtną istotę v czarnym płaszczu z kapturem, kosą v ręku i trupią tvarzą. inni spać nie moga, rozmyślając ile to jeszcze czasu im zostało i co ich może spotkac po śmierci. marnują na strach viele cennych chvil. ale czy to jets konieczne? przecież strach przed vłasną śmiercia jest.. niedorzeczny. nigdy jej przeciez nie spotkamy. nie zobaczymy. bo kiedy my jesteśmy tutaj, śmierci nie ma. pojavia się ona dopiero, gdy my odchodzimy. nie możemy istnieć jednocześnie na tym śviecie, niepravda?
tak samo jest z naszym życiem bądź tez nieżyciem, nie viem. po co mamy sie zamartviać tym, co się z nami stanie po tym, jak nasze miejsce na ziemi zajmie nasza śmierć? ludzie często jako najgorsza perspektyve typują brak czegokolviek. czyli że tak jakby nasza dusza (o ile takova istnieje) rozpłyva się vraz z naszą śviadomością, a my viemy na ten temat tyle, co v momencie bezsennego snu. ale v takim vypadku, przecież nie będzeimy tego śviadomi! nie będziemy żałovać tego, co było, i płakać nad straconym życiem, bo nie bedziemy v stanie. po prostu nas nie będzie.
tak vięc uvażam, że nie ma sensu zamartvianie się czy inne tego typu bzdury. trzeba si cieszyc z tego, iż v danym momencie żyjemy!
jedyne czego można się bać, to tego, v jaki sposób z tego śviata odejdziemy. jedynie bólu, który nie musi, ale może być.
ja chyba viem, jak bym chciała, żeby vyglądało moje odejście. chciałabym zasnąć.. tak jak zasypiam codziennie vieczorem.. żeby v tym momencie porvały mnie v svoje ramiona sny, tak jak poryvają codziennie.. i nie vypuściły mnie już nigdy z tego miłosnego uścisku..

czasami mam vrażenie że chcę, żeby stało się to już teraz.. tak lubię zanurzać się v tym zavoalovanym oceanie spokoju i czerni, zdajacej składac się z vszystkich odcieni śviata.. stavać się jednym z nich.. i o nic już nie musieć się martcić.. o niczym pamiętać.. cóż za błogi stan..

fatu-m 2004-03-27 18:38:54
skomentuj (3)
uzależnienia cz 2 i ostatnia

tak vięc, v momencie, gdy zaczyna się palić, i navet jeśli później postanovimy sobie, że rzucamy to bagno, to i tak gdzieś v nas zakodovana jest informacja, że sięgniemy po następnego fajka. i nie ma zmiłuj. moze udaje się przedłużyć czas pomiędzy poszczególnymi razami, ale i tak siedzi to głęboko v naszym mózgu, i chyba nie da się tego całkovicie pozbyć. przynajmniej v viększości przypadkóv. bo navet jeżeli odzvyczaimy sie fizycznie, co jest bardzo trudne do osiągnięcia, to zostaje navyk psychiczny. częstują? to sie machinalnie bierze, machinalnie do ust, machinalnie sie podpala i machinalnie spala.
trudniej jest oduzależnić się fizycznie. każdy palacz vie o co chodzi: zdajemy sobie spravę, jakie to cholerne góvno, czujemy się jak komin i mamy przed oczami vidmo czarnych, zaschniętych resztek płuc i siebie przykutych do łóżka szpitalnego z rakiem, to mimo że bardzo nie chcemy, plujemy sobie v brodę i jesteśmy przerażeni brakiem silnej voli i faktem vłasnego uzależnienia, to jednocześnie czujemy głód. częściej czy rzadziej.. to jest tak, jakby ktoś z zevnątrz sięgał ręką do anszej klatki piersiovej i ciągnął za płuca.. robi się zimno i gorąco naraz.. nie myślimy już o niczym innym jak o zapaleniu papierosa. i jeszcze gorsza rzecz: czasami, navet jak już zapalimy, nie jesteśmy zaspokojeni. czujemy jakiś dzivny niedosytm nie viem sama skąd vynikający. taka niby chcica na coś, ale nie viadomo na co. po spaleniu nadal. po zjedzeniu, vypiciu- coągle to samo uczucie.
to jest koszmar.
móvię to vszystko jako osoba, która vie, o co chodzi. jakbym mogła, chciałabym nigdy nie sięgnąć po te stare, suche liście v bibułce.. ale skąd mogłam vtedy viedzieć?

fatu-m 2004-03-27 18:05:59
skomentuj (0)



Design by Zhis for +Lajauts+